Po wyjściu z gmachu udali się wprost do budynku Gildii Łowczych, której byli członkami. Mieściła się w starym budynku garnizonu milicji miejskiej, która wraz z przebudową miasta zmieniła siedzibę na nowo wybudowaną blisko głównej bramy. Budynek cały był z białego granitu, oszlifowanego sprawną ręką jakiegoś bezimiennego mistrza kamieniarskiego rzemiosła, gdyż nawet po kilku dekadach, wciąż można było podziwiać kunszt, z jakim stworzone zostały wszystkie ozdobne wzory od zewnętrznej strony. Wejście osłonięte było dachem, wspartym na czterech, zdobionych laurowym wzorem, kolumnach, które budziły w odbiorcy respekt i podziw, oraz nadawały miejscu swoistej odrębności od reszty otaczających go budowli. Wejścia strzegły masywne, dębowe wrota, zamknięte w czarnych, stalowych okuciach. Daniel naparł całą mocą na drzwi, które ustąpiły z wolna, ukazując główną izbę. Przestronne pomieszczenie oświetlone było kilkoma pochodniami i wesoło tańczącym w kominku płomieniem, lecz pomimo tego w pomieszczeniu panował lekki półmrok, gdyż niewiele światła sączyło się przez wąskie, pionowe okna. Po obu stronach ustawione stały długie dębowe stoły i ławy, upstrzone wieloma pamiątkami po regularnych, niespokojnych alkoholowych libacjach. Wszędzie wokół krzątali się łowcy wracający z tras, popijając trunki i gawędząc wesoło o niedawno wykonanej pracy. Weszli do środka rozglądając się z nostalgicznymi minami. Gdy dostrzegł ich karczmarz, czym prędzej wybiegł zza swojego szynkwasu, zmierzając w ich kierunku. Lekko zdyszany w pośpiechu powiedział, że mistrz wraz z “gościem” czekają w gabinecie, znajdującym sie na pierwszym piętrze.
-Rozgośc się, w szynku możesz zamawiac ile wlezie, na nasz rachunek.
Powiedział Juanowi Daniel, a tamten bez słowa przytaknął głową i odwrócił się. Artur na odchodnym jeszcze rzucił z uśmiechem:”Tylko nie przesadź z tym rachunkiem!” po czym przecisnęli się wąskim korytarzem do klatki schodowej i leniwie wspięli się po stromych, kamiennych schodach. Pod stopami poczuli miękki, ręcznie tkany, lekko już wytarty od ciągłego chodzenia dywan, który, jak podejrzewali, był starszy od nich samych, gdyż kiedy jako dzieci się na nim wspólnie bawili, nie emanował specjalnie nowością. Ze ścian, spoglądały na nich pokolenia zasłużonych, bohaterskich poprzedników, wychwalając po wsze czasy ich czyny, choc zdaniem Artura gdyby oszczędzili im tej “chwały” to bym to wszyło o wiele bardziej na zdrowie, o ile w przypadku osób martwych można tak mówić, ponieważ wykonane były tak zamienicie, iż onieśmielały wręcz widza swoją brzydotą. Coraz wyraźniej na drzwiach, gdy sie zbliżali widac było zawieszoną złotą tabliczkę z wygrawerowanym napisem, Napis głosił: “Wielki Mistrz Królewskiej Gildii Łowców sir Vincent Windrunner. Otworzyli drzwi, strzeżone po bokach przez popiersia poprzednich mistrzów gildii, i weszli do środka. Gabinet był niewielki, z przejściem do prywatnych komnat po prawej stronie. Na środku stało zawalone dokumentami biurko, z łabędzim piórem i kałamarzem a wystrój pomieszczenia uzupełniała bilbioteczka pełna zwojów i ksiąg różnego autorstwa. Mistrz Vincent zwrócony do okna i wyglądał obserwując ruchliwe ulice miasta w milczeniu. Obok niego siedział, ubrany w czerwone, jedwabne szaty, lekko posiwiały mężczyzna, z dziwnym złotym naszyjnikiem na piersi. W końcu Vincent obrócił się do nich. Ujrzeli jego poranioną bliznami, śniadą twarz. Był już blisko pięćdziesiątki, ale wciąż miał nienaganną posturę, i brak jakichkolwiek oznak starzenia się, adekwatnych do jego wieku. Blask w jego oczach nigdy nie gasł i na ogół tryskał energią. Teraz stał przygnębiony, a jego twarz nie miała żadnego wyrazu. Po chwili powiedział:
-Witajcie z powrotem.
Tamci skinęli głową
-Przykro mi, że nawet nie zdążyliście wypocząć, ale mam dla was nie cierpiące zwłoki, bardzo nietypowe zadanie. Ten człowiek jest bardzo wpływowym politykiem, blisko rady królewskiej. Lord Daron Mortestais, ma bardzo poważny problem, który wymaga dyskrecji i umiejętności. Córka naszego gościa została porwana miesiąc temu. Porywacz, żąda okupu, oraz władzy. Musicie to załatwić bez hałasu. Przygotujcie się, ruszacie wczesnym rankiem.
-Ale dlaczego tak nagle?! – Wykrzykneli prawie chórem.
-To rozkaz. Pogadamy jak wrócicie. Odejść.
Z wyraźnymi oznakami niezadowolenia opuścili gabinet, a wraz z nimi wyszedł lord Daron. Chcieli dowiedzieć się więcej lecz ten kręcił jedynie głową, nie mówiąc im żadnych szczegółów, co jeszcze bardziej ich irytowało. Zeszli na dół uzupełnic zapasy, wypełnic dokumenty, odebrać należne im, ciężko zarobione pieniądze i pobrać sprzęt, ze znajdującej się w podziemiach zbrojowni.W podziemiu również znajdowała się kuchnia oraz masa niewielkich pokoi, dla członków gildii zostających tu na noc. Położyli się na twardych, drewnianych kojach pokrytych siennikami i kocami i zasnęli rozmyślając nieustannie o powierzonym im zadaniu.
