Daniela ze snu obudził nieustanny szelest. Leniwie przetarł oczy i uniósł głowę aby się rozejrzeć. “Kto u licha hałasuje o tak pogańskiej porze?” pomyślał i ogarnął wzrokiem okolicę. Przy tobołkach zobaczył ledwie żywego, pożywiającego się w kuckach Artura.
- Przepraszam… – rzekł do niego – ale czy tobie przypadkiem się coś nie popieprzyło? Wiesz która jest godzina?
Artur spojżał na zegarek i odparł – Pbuuuł booo siooomeeey…
- Co takiego?!
Artur przemielił i połknął śniadanie po czym powtórzył
-Wpół do siódmej.
Przetarł leniwie oczy i ziewnął przeciągle. Daniel usiadł niezadowolony na posłaniu zakrywając twarz. Posiedział tak minute, może dwie po czym wstał i poszedł odświeżyć się w pobliskim strumyku. W międzyczasie wstał również Juan.
-A wy tu co tak z rana. Zwykle to siłą was trzeba z łóżka ściągać. – Powiedział wesoło Juan.
-Na złość tobie, bo ciągle narzekasz, że opóźniamy wymarsze. – Odparł z przekąsem Artur a na jego twarzy zagościł pół uśmiech.
- Dobra, na koń panowie, bo nam dzień ucieka – ponaglił zgraję Juan i wyruszyli zwinąwszy pospiesznie obóz
Zerwał się lekki wiatr, a że poranek był dosyć chłodny i dookoła panowała mgła i wilgoć, Artur ciaśniej opatulił się swoim płaszczem. Minęły dwie godziny gdy przystanęli na skraju lasu nieopodal pagórków, gdyż Daniel zmuszony był udać się “na stronę” aby załatwić potrzeby fizjologiczne.
- Co on tak długo tam robi? – Spytał Juan
- Znając jego nierozgarnięcie pewno zgubił się gdzieś w krzakach – odparł z uśmiechem Artur
Nagle widać wybiegającego z krzaków Daniela, w pośpiechu podciągającego spodnie
-Tam…uch..kra…. – próbował wydusić z siebie zadyszany
- Że co? – odpowiedzieli zdziwieni
- Krasnoludy! – wydyszał biedny Daniel wyciągając broń
Zewsząd otoczyła ich zgraja uzbrojonych krasnali. Część pieszo część na kucykach, których dosiadała ich rasa. Nie atakowali, tylko stali w pogotowiu. Każdy uzbrojony w topór, lekką zbroję oraz kuszę. Zza drzew wyłonił się rudy krasnolud, z długą, splecioną w dwa warkocze brodą przyozdobioną srebrnymi spinkami, na wysokim kucu, uzbrojony w młot i odziany w łuskową zbroję. Na jego tarczy widniał czarny wilk.
-Stać podróżni, to nie stanie się wam krzywda. Oddawajcie sprzęt i kosztowności, konie również.
-Czy mnie oczy nie mylą? Klan Khan-Ashaez? Nie pamiętam, żeby władze pozwalały wam napadać na podróżnych… – Powiedział Daniel mrużąc oczy.
-Zobaczcieno, mądrala się znalazł. Czy widzisz gdzieś tu władze? Bo ja widze jedynie kusze wycelowane w ciebie, wyskakuj z sakiewki! – Odżekł herszt bandy, a krasnoludy wokół zarechotały niskimi basami.
-Mam jedną bombę dymno-błyskową… – szepnął Juanowi Artur jak dam znać, zepniecie konie i szybko do stolicy, już niedaleko. Przekaż Danielowi.
Powoli podnieśli ręce w górę. Zbójcy zaczęli się zbliżać, pewni swego łupu, gdy nagle Arturowi osunął się rękaw ukazując ukrytą w dłoni kulkę, z podpalonym lontem. Rzucił ją do góry a grzmot, błysk i dym spłoszyły zwierzęta, otwierając im drogę ucieczki. Konie gnały ile sił w nogach a bełty świszcząc przecinały powietrze we wszystkich kierunkach. Gdy krasnoludy zorientowały się w sytuacji było już za późno, aby mogli dogonić podróżnych. Pokonali kilka mil i zza wzgórz wyłoniły się osłonecznione mury Lene, stolicy kraju.

0 Odpowiedzi do “day and night part 2”