Archiwum dla Kwiecień 2010

14
kwi
10

in the capital

Zbliżali się do stolicy. Ogromne miasto, zbudowane na podstawie foremnego pięciokąta, wpisanego w okrąg fosy. Po środku każdego boku była brama ze zwodzonym mostem oraz na każdym jego wierzchołku okrągła kamienna baszta, z oblężniczym sprzętem. Poza pięcioma głównymi ulicami, wiodącymi od bram do potężnie ufortyfikowanej twierdzy w centrum miasta, reszta uliczek była wąska i kręta, że niekiedy ciężko było nawet przejechać wozem. Był to zamysł architektów, dzięki czemu łatwiej można było się bronić w centrum miasta, przed wrogiem, który przedarłby się przez mury. Zewsząd na ogromne targowisko zjeżdżali się rozmaici kupcy, ze swoimi towarami. Jedwab z dalekowschodnich, zamorskich krain, czy rozmaite przyprawy. Szoszoińskie magiczne zioła, czy bawole skóry. Wszystko, czego dusza zapragnie można było tutaj kupić… za odpowiednio wysoką opłatą rzecz jasna. W centrum kwitły rozmaite gildie, od sztuk magicznych, poprzez rzemieślnicze aż do kupieckich. Sława ich cały kraj obiegała i zewsząd zjeżdżała się młodzież, aby przystąpić do kwalifikacyjnych egzaminów. Część z nich jednak, nie nadając się, wracała do domu, bądź też zostawali w stolicy szukając innego zajęcia. W cechach i gildiach pracę mogli znaleźć jedynie najlepsi. Nasi podróżnicy zbliżali się do północno-wschodniej bramy. W oczy raziło ich słońce, odbijające się od ogromnych, murów okalających miasto, zbudowanych z twardego, białego granitu, wydobywanego w kamieniołomie u podnóża Vet Zachodnich. Podjechali pod mury, bacznie obserwowani przez gwardzistów na murach. Po okazaniu dokumentów wpuszczono ich do miasta. Szli ulicą kolorową, nazwaną tak nie bez powodu, jako że każda z kamienic wyglądała zupełnie inaczej i była pomalowana w inny sposób. Głównym tego powodem była mnogość rozmaitych karczm, restauracji i pubów, które się tu znajdowały. Nie zatrzymali się tu jednak, z powodów materialnych. Ceny były obłędne. Udali się zatem do samego centrum miasta, do budynku gildii kupców, których to zlecenie wypełnili. Budynek gildii przypominał trochę świątynie. Cały zbudowany z piaskowca i wsparty na wykończonych złotem kolumnach. Weszli do środka i znaleźli pokój zarządcy. Ten powitał ich z uśmiechem

- Ach ! Czyż to nie moi dzielni wojownicy? – zapytał uradowany

- Witamy, zadanie zostało wykonane, oto głowa stwora, którego zleciłeś ubić, jako dowód. – Rzekł Daniel

- Trochę przegniła w słońcu, ale wciąż da się ją rozpoznać! – Dorzucił Artur z uśmiechem, po czym oberwał od Daniela kuksańca między żebra z krótkim, rzuconym przez zęby: ” Zamknij się”, co spotkało się z cichym, protestującym jękiem Artura i tłumionym śmiechem towarzyszącego im Juana.

- Zapłata jest do odebrania w kasie waszej gildii. Pospieszcie się, bo na mieście was już szukają, ktoś płaci grube pieniądze za zlecenie i nie chce nikogo innego jak was, dziwna sprawa. No, ja wracam do swoich obowiązków, wybaczcie…

- Dziękujemy, miło się z panem robi interesy. Żegnam – Powiedział Daniel i wyszli z gmachu…

 

 

14
kwi
10

day and night part 2

Daniela ze snu obudził nieustanny szelest. Leniwie przetarł oczy i uniósł głowę aby się rozejrzeć. “Kto u licha hałasuje o tak pogańskiej porze?” pomyślał i ogarnął wzrokiem okolicę. Przy tobołkach zobaczył ledwie żywego, pożywiającego się w kuckach Artura.

- Przepraszam… – rzekł do niego – ale czy tobie przypadkiem się coś nie popieprzyło? Wiesz która jest godzina?

Artur spojżał na zegarek i odparł – Pbuuuł booo siooomeeey…

- Co takiego?!

Artur przemielił i połknął śniadanie po czym powtórzył

-Wpół do siódmej.

Przetarł leniwie oczy i ziewnął przeciągle. Daniel usiadł niezadowolony na posłaniu zakrywając twarz. Posiedział tak minute, może dwie po czym wstał i poszedł odświeżyć się w pobliskim strumyku. W międzyczasie wstał również Juan.

-A wy tu co tak z rana. Zwykle to siłą was trzeba z łóżka ściągać. – Powiedział wesoło Juan.

-Na złość tobie, bo ciągle narzekasz, że opóźniamy wymarsze. – Odparł z przekąsem Artur a na jego twarzy zagościł pół uśmiech.

- Dobra, na koń panowie, bo nam dzień ucieka – ponaglił zgraję Juan i wyruszyli zwinąwszy pospiesznie obóz

Zerwał się lekki wiatr, a że poranek był dosyć chłodny i dookoła panowała mgła i wilgoć, Artur ciaśniej opatulił się swoim płaszczem. Minęły dwie godziny gdy przystanęli na skraju lasu nieopodal pagórków, gdyż Daniel zmuszony był udać się “na stronę” aby załatwić potrzeby fizjologiczne.

- Co on tak długo tam robi? – Spytał Juan

- Znając jego nierozgarnięcie pewno zgubił się gdzieś w krzakach – odparł z uśmiechem Artur

Nagle widać wybiegającego z krzaków Daniela, w pośpiechu podciągającego spodnie

-Tam…uch..kra…. – próbował wydusić z siebie zadyszany

- Że co? – odpowiedzieli zdziwieni

- Krasnoludy! – wydyszał biedny Daniel wyciągając broń

Zewsząd otoczyła ich zgraja uzbrojonych krasnali. Część pieszo część na kucykach, których dosiadała ich rasa. Nie atakowali, tylko stali w pogotowiu. Każdy uzbrojony w topór, lekką zbroję oraz kuszę. Zza drzew wyłonił się rudy krasnolud, z długą, splecioną w dwa warkocze brodą przyozdobioną srebrnymi spinkami, na wysokim kucu, uzbrojony w młot i odziany w łuskową zbroję. Na jego tarczy widniał czarny wilk.

-Stać podróżni, to nie stanie się wam krzywda. Oddawajcie sprzęt i kosztowności, konie również.

-Czy mnie oczy nie mylą? Klan Khan-Ashaez? Nie pamiętam, żeby władze pozwalały wam napadać na podróżnych… – Powiedział Daniel mrużąc oczy.

-Zobaczcieno, mądrala się znalazł. Czy widzisz gdzieś tu władze? Bo ja widze jedynie kusze wycelowane w ciebie, wyskakuj z sakiewki! – Odżekł herszt bandy, a krasnoludy wokół zarechotały niskimi basami.

-Mam jedną bombę dymno-błyskową… – szepnął Juanowi Artur jak dam znać, zepniecie konie i szybko do stolicy, już niedaleko. Przekaż Danielowi.

Powoli podnieśli ręce w górę. Zbójcy zaczęli się zbliżać, pewni swego łupu, gdy nagle Arturowi osunął się rękaw ukazując ukrytą w dłoni kulkę, z podpalonym lontem. Rzucił ją do góry a grzmot, błysk i dym spłoszyły zwierzęta, otwierając im drogę ucieczki. Konie gnały ile sił w nogach a bełty świszcząc przecinały powietrze we wszystkich kierunkach. Gdy krasnoludy zorientowały się w sytuacji było już za późno, aby mogli dogonić podróżnych. Pokonali kilka mil i zza wzgórz wyłoniły się osłonecznione mury Lene, stolicy kraju.




Proszę czytac od najstarszych wpisów (początek)

K a l e n d a r z

Kwiecień 2010
P W Ś C P S N
« mar   wrz »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

R o z d z i a ł y


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.