Biegłem ciemnym, kamiennym korytarzem, oświetlonym nikłym światłem pochodni. Wszędzie panowała wysoka wilgoć, widać, że była tu od zawsze, bo ściany porastał wiekowy mech. Korytarz nie miał zakrętów, był idealnie prosty, niekiedy tylko wyryte w nim były wnęki na oświetlenie. Biegł w górę, cały czas lekko w górę. Czemu biegłem? Nie miałem pojęcia. Ktoś kazał mi biegnąć więc biegłem. Za mną tylko krew i ogień. Instynkt mówi biegnij, więc biegnę. Nie wiem dokąd nie wiem po co. Dopóki jest przede mną droga to biegnę. Może dlatego, że na końcu widziałem nikłe światło.Może dlatego, że nie mogłem się cofnąć. Nie wiedzieć czemu kojarzyło mi się z ocaleniem, ratunkiem. Nie czułem nic, byłem pozbawiony jakichkolwiek emocji i uczuć, a jednak łzy leciały mi po policzkach. Trzymałem czyjąś rękę, mocno i kurczowo, jakby był to mój ratunek, ostatnia rzecz, jaka łączyła mnie z tym światem. Już byłem blisko, słyszałem parskania koni. Chciałem się obejrzec za siebie, lecz tak jak za każdym razem nie mogłem. Jak za każdym razem za chwilę wejdę w światło, za chwilę się obudzę…
Otworzył oczy. Słońce jeszcze nie wzeszło. Niebo wciąż było ciemne i usłane gwiazdami. Leżąc na plecach zawsze zastanawiał się co znajduje się w tej niezmierzonej przestrzeni. Czy jest to zwykła pustka? Czy tak jak mówią pradawne wierzenia to właśnie tam udajemy się po śmierci. Ziewnął przeciągle po czym leniwie się przeciągnął kończąc swoje rozważania. W palenisku jeszcze nie wygasło, więc dorzucił drew do ognia. Usiadł na posłaniu i spojrzał na Daniela i Juana. Obaj byli wciąż pogrążeni we śnie. To znowu ten sam sen. Śnił mu się odkąd pamiętał. Wielokrotnie próbował odkryć jego treść, lecz wszystkie jego starania spełzły na niczym.
- Ehh… zjadłbym coś – westchnął sam do siebie, po czym zaczął przeszukiwać swoją torbę.
-chyba nie pozostało mi nic innego… – westchnął, po czym odkroił od bochna dwie dosyć grube kromki chleba. Zapił je wodą z manierki i znów się położył. Nie mógł zasnąć więc obserwując gwiazdy przeczekał na posłaniu do świtu…
