Podróżowali dalej na południe. Trzy dni drogi konno od Lene zatrzymali się w małym miasteczku górniczym, położonym u rozwidlenia rzeki Venia. Wierzchowce oddali do stajni, znajdującej się przy północnej bramie. Stajenny wziął od nich lejce i po dukacie od konia. Przeszli się ulicami miasteczka, podziwiając stylowe, dwupoziomowe kamienice bogatszych kupców, z pobielonymi wapnem ścianami. Było późne popołudnie lecz na ulicach wciąż było gwarno. Przekupki głośno negocjowały ceny w sklepach, uliczny błazen zgrabnie żągłował pomidorami a strażnicy leniwie przechadzali się uliczkami miasta. Przystanęli nieopodal rynku, by uradzić co dalej.
- Kończą nam się zapasy, chleba zostało pół bochna, suszone mięso skończyło się wczoraj a ostatnią rybę zjedliśmy dzisiaj na śniadanie – powiedział Artur.
- Musimy również kupić amunicję a zanim odbierzemy nagrodę, trzeba by oszczędzać – dodał Daniel zmartwiony. – Może znajdzie się jakaś praca w okolicy?
- Słyszałem, że oferty pracy wiszą na tablicy w pobliskiej karczmie. Można by tam również zapewnic sobie wygodny nocleg – powiedział Juan – O ile nie macie nic przeciwko.
- Dobra, w takim razie jak się dzielimy? Kto dokąd idzie. Juan? – spytał Daniel
- Cóż, ja mogę kupić zapasy, bo i tak udaje się na targ – odparł mężczyzna.
- Artur?
- A mnie tam obojętne. Sprawdzę, czy nie ma jakiegoś zlecenia a ty w tym czasie spytaj o nocleg – rzekł Artur.
- Dobra, w takim razie idziemy. Będziemy czekać na ciebie, Juanie, w karczmie. Widzimy się później – powiedział Daniel.
- No, do później – odparł Juan i odwrócił się zmierzając w stronę targowiska.
Tawerna, jedyna w okolicy, znajdowała się w mniej zadbanej części miasteczka. Skrzypiący szyld, z na wpół pełnym kuflem piwa, trafnie świadczył o jej przeznaczeniu. Weszli do środka. Do ich nozdrzy dotarł ostry zapach alkoholu i potu. Izba była dosyć przestronna, w sam raz żeby zmieściło się w niej pięć długi ław, przy których zasiadano. Naprzeciwko drzwi znajdował się szynkwas, jednakże sądząc po jego ciemnym kolorze i resztkach jedzenia, pozostawiał wiele do życzenia. Tym lepiej dla oszczędzających podróżnych, bo i ceny nie są wygórowane.
- Poszukam roboty – powiedział cicho do Daniela Artur, udając się do wiszącej na ścianie, sporych rozmiarów korkowej tablicy.
Daniel rozejrzał się po pomieszczeniu. Mimo, że jeszcze nie było późno, już siedziało tu sporo osób, niekoniecznie trzeźwych i niekoniecznie przychylnym okiem patrzących na nieznajomych. Podszedł do szynkwasu. Dopiero teraz zwrócił uwagę na grubego karczmarza w zachlapanym fartuchu.
- Czego? – spytał karczmarz grubiańsko, znudzonym głosem
- Witam – powiedział Daniel – ile kosztuje nocleg od osoby?
- Zależy.
- Zależy od czego?
- Jak dla ciebie denara.
- Nie za drogo? Warunki nie są tutaj na wysokim poziomie…
- Denar albo śpisz na dworze. Koniec rozmowy – powiedział Karczmarz z nieprzeniknioną miną.
- Zaraz wrócę.
Karczmarz prychnął pogardliwie i zapalił zwinięte w papierową rurkę, skruszone liście tytoniu.
W tym czasie Artur przeglądał ogłoszenia na tablicy, mówiąc do siebie.
- Usługa kurierska dla lokalnego kupca, to nie… Polowanie na niedźwiedzia. Hmm… Ah, marne grosze.
Gdy tak przeglądał, podeszło do niego trzech pijanych dryblasów.
- Tee…*hic* piękniś!… Nie tolerujemy tu…*hic* …obcych…
Ten, nie zwracając większej uwagi, przeglądał dalej.
- Tee! Słuchaj jak do ciebie mówię! – Wzburzony chwycił Artura. Ten spokojnie spojrzał, zmierzył typków wzrokiem po czym powiedział:
- Szanowni panowie, dlaczego mnie napiętnujecie, wszak czy uczyniłem wam jaką krzywdę? Szukacie na siłe niezgody, cóż mogę na to rzec… nic chyba! – Wyrwał się dryblasowi, po czym sprawnym ruchem udeżył pięścią w twarz. Obkręcił się szybko nokautując drugiego, a trzeciego wypchnął przez okno.
- Co jest do… – powiedział zdziwiony Daniel, który dopiero co odwrócił się od szynku.
- Nie ma czasu, chodź! – krzyknął Artur łapiąc Daniela za kołnierz i wyciągając przez drugie okno z Karczmy, jako że w drzwiach stała już oburzona zgraja gotowych do bitki miejscowych mietków. Udali się uliczkami w kierunku bramy, po drodze wpadając, na niczego nie spodziewającego się Juana, który właśnie skończył zakupy.
- Co wy tu… – urwał zaskoczony Juan, wytrzeszczając szeroko oczy.
- Widzisz tą zgraje z pałkami biegnącą ulicą? – wydyszał Daniel
- No widzę – odparł Juan lekko zmieszany.
- Skoro widzisz… – powiedział Artur robiąc przerwę na głębszy wdech -…to po cholerę stoisz, uciekaj!
Przedarli się do bramy i czym prędzej dosiedli koni, których stajenny nie był łaskaw do tej pory rozsiodłać, i czym prędzej odjechali. Szukając miejsca na kolejny postój pod gołym niebem opowiedzieli Juanowi całą historię.
- Juanie, a spotkałeś się z osobą, której szukałeś? – zapytał Daniel.
- Nie ma jej w tym mieście – odparł Juan, po czym zwrócił się do Artura. – Nie mogłeś sobie sfolgować? Teraz przynajmniej leżelibyśmy na wygodnym posłaniu.
- I tak mieli za drogo- powiedział Artur z uśmiechem.