21
wrz
11

it is an order!

Po wyjściu z gmachu udali się wprost do budynku Gildii Łowczych, której byli członkami. Mieściła się w starym budynku garnizonu milicji miejskiej, która wraz z przebudową miasta zmieniła siedzibę na nowo wybudowaną blisko głównej bramy. Budynek cały był z białego granitu, oszlifowanego sprawną ręką jakiegoś bezimiennego mistrza kamieniarskiego rzemiosła, gdyż nawet po kilku dekadach, wciąż można było podziwiać kunszt, z jakim stworzone zostały wszystkie ozdobne wzory od zewnętrznej strony. Wejście osłonięte było dachem, wspartym na czterech, zdobionych laurowym wzorem, kolumnach, które budziły w odbiorcy respekt i podziw, oraz nadawały miejscu swoistej odrębności od reszty otaczających go budowli. Wejścia strzegły masywne, dębowe wrota, zamknięte w czarnych, stalowych okuciach. Daniel naparł całą mocą na drzwi, które ustąpiły z wolna, ukazując główną izbę. Przestronne pomieszczenie oświetlone było kilkoma pochodniami i wesoło tańczącym w kominku płomieniem, lecz pomimo tego w pomieszczeniu panował lekki półmrok, gdyż niewiele światła sączyło się przez wąskie, pionowe okna. Po obu stronach ustawione stały długie dębowe stoły i ławy, upstrzone wieloma pamiątkami po regularnych, niespokojnych alkoholowych libacjach. Wszędzie wokół krzątali się łowcy wracający z tras, popijając trunki i gawędząc wesoło o niedawno wykonanej pracy. Weszli do środka rozglądając się z nostalgicznymi minami. Gdy dostrzegł ich karczmarz, czym prędzej wybiegł zza swojego szynkwasu, zmierzając w ich kierunku. Lekko zdyszany w pośpiechu powiedział, że mistrz wraz z „gościem” czekają w gabinecie, znajdującym sie na pierwszym piętrze.

-Rozgośc się, w szynku możesz zamawiac ile wlezie, na nasz rachunek.

Powiedział Juanowi Daniel, a tamten bez słowa przytaknął głową i odwrócił się. Artur na odchodnym jeszcze rzucił z uśmiechem:”Tylko nie przesadź z tym rachunkiem!” po czym przecisnęli się wąskim korytarzem do klatki schodowej i leniwie wspięli się po stromych, kamiennych schodach. Pod stopami poczuli miękki, ręcznie tkany, lekko już wytarty od ciągłego chodzenia dywan, który, jak podejrzewali, był starszy od nich samych, gdyż kiedy jako dzieci się na nim wspólnie bawili,  nie emanował specjalnie nowością. Ze ścian, spoglądały na nich pokolenia zasłużonych, bohaterskich poprzedników, wychwalając po wsze czasy ich czyny, choc zdaniem Artura gdyby oszczędzili im tej „chwały” to bym to wszyło o wiele bardziej na zdrowie, o ile w przypadku osób martwych można tak mówić, ponieważ wykonane były tak zamienicie, iż onieśmielały wręcz widza swoją brzydotą. Coraz wyraźniej na drzwiach, gdy sie zbliżali widac było zawieszoną złotą tabliczkę z wygrawerowanym napisem, Napis głosił: „Wielki Mistrz Królewskiej Gildii Łowców sir Vincent Windrunner. Otworzyli drzwi, strzeżone po bokach przez popiersia poprzednich mistrzów gildii, i weszli do środka. Gabinet był niewielki, z przejściem do prywatnych komnat po prawej stronie. Na środku stało zawalone dokumentami biurko, z łabędzim piórem i kałamarzem a wystrój pomieszczenia uzupełniała bilbioteczka pełna zwojów i ksiąg różnego autorstwa. Mistrz Vincent zwrócony do okna i wyglądał obserwując ruchliwe ulice miasta w milczeniu. Obok niego siedział, ubrany w czerwone, jedwabne szaty, lekko posiwiały mężczyzna, z dziwnym złotym naszyjnikiem na piersi. W końcu Vincent obrócił się do nich. Ujrzeli jego poranioną bliznami, śniadą twarz. Był już blisko pięćdziesiątki, ale wciąż miał nienaganną posturę, i brak jakichkolwiek oznak starzenia się, adekwatnych do jego wieku. Blask w jego oczach nigdy nie gasł i na ogół tryskał energią. Teraz stał przygnębiony, a jego twarz nie miała żadnego wyrazu. Po chwili powiedział:

-Witajcie z powrotem.

Tamci skinęli głową

-Przykro mi, że nawet nie zdążyliście wypocząć, ale mam dla was nie cierpiące zwłoki, bardzo nietypowe zadanie. Ten człowiek jest bardzo wpływowym politykiem, blisko rady królewskiej. Lord Daron Mortestais, ma bardzo poważny problem, który wymaga dyskrecji i umiejętności. Córka naszego gościa została porwana miesiąc temu. Porywacz, żąda okupu, oraz władzy. Musicie to załatwić bez hałasu. Przygotujcie się, ruszacie wczesnym rankiem.

-Ale dlaczego tak nagle?! – Wykrzykneli prawie chórem.

-To rozkaz. Pogadamy jak wrócicie. Odejść.

Z wyraźnymi oznakami niezadowolenia opuścili gabinet, a wraz z nimi wyszedł lord Daron. Chcieli dowiedzieć się więcej lecz ten kręcił jedynie głową, nie mówiąc im żadnych szczegółów, co jeszcze bardziej ich irytowało. Zeszli na dół uzupełnic zapasy, wypełnic dokumenty, odebrać należne im, ciężko zarobione pieniądze i pobrać sprzęt, ze znajdującej się w podziemiach zbrojowni.W podziemiu również znajdowała się kuchnia oraz masa niewielkich pokoi, dla członków gildii zostających tu na noc. Położyli się na twardych, drewnianych kojach pokrytych siennikami i kocami i zasnęli rozmyślając nieustannie o powierzonym im zadaniu.

14
kwi
10

in the capital

Zbliżali się do stolicy. Ogromne miasto, zbudowane na podstawie foremnego pięciokąta, wpisanego w okrąg fosy. Po środku każdego boku była brama ze zwodzonym mostem oraz na każdym jego wierzchołku okrągła kamienna baszta, z oblężniczym sprzętem. Poza pięcioma głównymi ulicami, wiodącymi od bram do potężnie ufortyfikowanej twierdzy w centrum miasta, reszta uliczek była wąska i kręta, że niekiedy ciężko było nawet przejechać wozem. Był to zamysł architektów, dzięki czemu łatwiej można było się bronić w centrum miasta, przed wrogiem, który przedarłby się przez mury. Zewsząd na ogromne targowisko zjeżdżali się rozmaici kupcy, ze swoimi towarami. Jedwab z dalekowschodnich, zamorskich krain, czy rozmaite przyprawy. Szoszoińskie magiczne zioła, czy bawole skóry. Wszystko, czego dusza zapragnie można było tutaj kupić… za odpowiednio wysoką opłatą rzecz jasna. W centrum kwitły rozmaite gildie, od sztuk magicznych, poprzez rzemieślnicze aż do kupieckich. Sława ich cały kraj obiegała i zewsząd zjeżdżała się młodzież, aby przystąpić do kwalifikacyjnych egzaminów. Część z nich jednak, nie nadając się, wracała do domu, bądź też zostawali w stolicy szukając innego zajęcia. W cechach i gildiach pracę mogli znaleźć jedynie najlepsi. Nasi podróżnicy zbliżali się do północno-wschodniej bramy. W oczy raziło ich słońce, odbijające się od ogromnych, murów okalających miasto, zbudowanych z twardego, białego granitu, wydobywanego w kamieniołomie u podnóża Vet Zachodnich. Podjechali pod mury, bacznie obserwowani przez gwardzistów na murach. Po okazaniu dokumentów wpuszczono ich do miasta. Szli ulicą kolorową, nazwaną tak nie bez powodu, jako że każda z kamienic wyglądała zupełnie inaczej i była pomalowana w inny sposób. Głównym tego powodem była mnogość rozmaitych karczm, restauracji i pubów, które się tu znajdowały. Nie zatrzymali się tu jednak, z powodów materialnych. Ceny były obłędne. Udali się zatem do samego centrum miasta, do budynku gildii kupców, których to zlecenie wypełnili. Budynek gildii przypominał trochę świątynie. Cały zbudowany z piaskowca i wsparty na wykończonych złotem kolumnach. Weszli do środka i znaleźli pokój zarządcy. Ten powitał ich z uśmiechem

- Ach ! Czyż to nie moi dzielni wojownicy? – zapytał uradowany

- Witamy, zadanie zostało wykonane, oto głowa stwora, którego zleciłeś ubić, jako dowód. – Rzekł Daniel

- Trochę przegniła w słońcu, ale wciąż da się ją rozpoznać! – Dorzucił Artur z uśmiechem, po czym oberwał od Daniela kuksańca między żebra z krótkim, rzuconym przez zęby: ” Zamknij się”, co spotkało się z cichym, protestującym jękiem Artura i tłumionym śmiechem towarzyszącego im Juana.

- Zapłata jest do odebrania w kasie waszej gildii. Pospieszcie się, bo na mieście was już szukają, ktoś płaci grube pieniądze za zlecenie i nie chce nikogo innego jak was, dziwna sprawa. No, ja wracam do swoich obowiązków, wybaczcie…

- Dziękujemy, miło się z panem robi interesy. Żegnam – Powiedział Daniel i wyszli z gmachu…

 

 

14
kwi
10

day and night part 2

Daniela ze snu obudził nieustanny szelest. Leniwie przetarł oczy i uniósł głowę aby się rozejrzeć. „Kto u licha hałasuje o tak pogańskiej porze?” pomyślał i ogarnął wzrokiem okolicę. Przy tobołkach zobaczył ledwie żywego, pożywiającego się w kuckach Artura.

- Przepraszam… – rzekł do niego – ale czy tobie przypadkiem się coś nie popieprzyło? Wiesz która jest godzina?

Artur spojżał na zegarek i odparł – Pbuuuł booo siooomeeey…

- Co takiego?!

Artur przemielił i połknął śniadanie po czym powtórzył

-Wpół do siódmej.

Przetarł leniwie oczy i ziewnął przeciągle. Daniel usiadł niezadowolony na posłaniu zakrywając twarz. Posiedział tak minute, może dwie po czym wstał i poszedł odświeżyć się w pobliskim strumyku. W międzyczasie wstał również Juan.

-A wy tu co tak z rana. Zwykle to siłą was trzeba z łóżka ściągać. – Powiedział wesoło Juan.

-Na złość tobie, bo ciągle narzekasz, że opóźniamy wymarsze. – Odparł z przekąsem Artur a na jego twarzy zagościł pół uśmiech.

- Dobra, na koń panowie, bo nam dzień ucieka – ponaglił zgraję Juan i wyruszyli zwinąwszy pospiesznie obóz

Zerwał się lekki wiatr, a że poranek był dosyć chłodny i dookoła panowała mgła i wilgoć, Artur ciaśniej opatulił się swoim płaszczem. Minęły dwie godziny gdy przystanęli na skraju lasu nieopodal pagórków, gdyż Daniel zmuszony był udać się „na stronę” aby załatwić potrzeby fizjologiczne.

- Co on tak długo tam robi? – Spytał Juan

- Znając jego nierozgarnięcie pewno zgubił się gdzieś w krzakach – odparł z uśmiechem Artur

Nagle widać wybiegającego z krzaków Daniela, w pośpiechu podciągającego spodnie

-Tam…uch..kra…. – próbował wydusić z siebie zadyszany

- Że co? – odpowiedzieli zdziwieni

- Krasnoludy! – wydyszał biedny Daniel wyciągając broń

Zewsząd otoczyła ich zgraja uzbrojonych krasnali. Część pieszo część na kucykach, których dosiadała ich rasa. Nie atakowali, tylko stali w pogotowiu. Każdy uzbrojony w topór, lekką zbroję oraz kuszę. Zza drzew wyłonił się rudy krasnolud, z długą, splecioną w dwa warkocze brodą przyozdobioną srebrnymi spinkami, na wysokim kucu, uzbrojony w młot i odziany w łuskową zbroję. Na jego tarczy widniał czarny wilk.

-Stać podróżni, to nie stanie się wam krzywda. Oddawajcie sprzęt i kosztowności, konie również.

-Czy mnie oczy nie mylą? Klan Khan-Ashaez? Nie pamiętam, żeby władze pozwalały wam napadać na podróżnych… – Powiedział Daniel mrużąc oczy.

-Zobaczcieno, mądrala się znalazł. Czy widzisz gdzieś tu władze? Bo ja widze jedynie kusze wycelowane w ciebie, wyskakuj z sakiewki! – Odżekł herszt bandy, a krasnoludy wokół zarechotały niskimi basami.

-Mam jedną bombę dymno-błyskową… – szepnął Juanowi Artur jak dam znać, zepniecie konie i szybko do stolicy, już niedaleko. Przekaż Danielowi.

Powoli podnieśli ręce w górę. Zbójcy zaczęli się zbliżać, pewni swego łupu, gdy nagle Arturowi osunął się rękaw ukazując ukrytą w dłoni kulkę, z podpalonym lontem. Rzucił ją do góry a grzmot, błysk i dym spłoszyły zwierzęta, otwierając im drogę ucieczki. Konie gnały ile sił w nogach a bełty świszcząc przecinały powietrze we wszystkich kierunkach. Gdy krasnoludy zorientowały się w sytuacji było już za późno, aby mogli dogonić podróżnych. Pokonali kilka mil i zza wzgórz wyłoniły się osłonecznione mury Lene, stolicy kraju.

16
mar
10

day and night part 1

Biegłem ciemnym, kamiennym korytarzem, oświetlonym nikłym światłem pochodni. Wszędzie panowała wysoka wilgoć, widać, że była tu od zawsze, bo ściany porastał wiekowy mech. Korytarz nie miał zakrętów, był idealnie prosty, niekiedy tylko wyryte w nim były wnęki na oświetlenie. Biegł w górę, cały czas lekko w górę. Czemu biegłem? Nie miałem pojęcia. Ktoś kazał mi biegnąć więc biegłem. Za mną tylko krew i ogień. Instynkt mówi biegnij, więc biegnę. Nie wiem dokąd nie wiem po co. Dopóki jest przede mną droga to biegnę. Może dlatego, że na końcu widziałem nikłe światło.Może dlatego, że nie mogłem się cofnąć. Nie wiedzieć czemu kojarzyło mi się z ocaleniem, ratunkiem. Nie czułem nic, byłem pozbawiony jakichkolwiek emocji i uczuć, a jednak łzy leciały mi po policzkach. Trzymałem czyjąś rękę, mocno i kurczowo, jakby był to mój ratunek, ostatnia rzecz, jaka łączyła mnie z tym światem. Już byłem blisko, słyszałem parskania koni. Chciałem się obejrzec za siebie, lecz tak jak za każdym razem nie mogłem. Jak za każdym razem za chwilę wejdę w światło, za chwilę się obudzę…

Otworzył oczy. Słońce jeszcze nie wzeszło. Niebo wciąż było ciemne i usłane gwiazdami. Leżąc na plecach zawsze zastanawiał się co znajduje się w tej niezmierzonej przestrzeni. Czy jest to zwykła pustka? Czy tak jak mówią pradawne wierzenia to właśnie tam udajemy się po śmierci. Ziewnął przeciągle po czym leniwie się przeciągnął kończąc swoje rozważania. W palenisku jeszcze nie wygasło, więc dorzucił drew do ognia. Usiadł na posłaniu i spojrzał na Daniela i Juana. Obaj byli wciąż pogrążeni we śnie. To znowu ten sam sen. Śnił mu się odkąd pamiętał. Wielokrotnie próbował odkryć jego treść, lecz wszystkie jego starania spełzły na niczym.

- Ehh… zjadłbym coś – westchnął sam do siebie, po czym zaczął przeszukiwać swoją torbę.

-chyba nie pozostało mi nic innego… – westchnął, po czym odkroił od bochna dwie dosyć grube kromki chleba. Zapił je wodą z manierki i znów się położył. Nie mógł zasnąć więc obserwując gwiazdy przeczekał na posłaniu do świtu…

10
mar
10

troublesome inn

Podróżowali dalej na południe. Trzy dni drogi konno od Lene zatrzymali się w małym miasteczku górniczym, położonym u rozwidlenia rzeki Venia. Wierzchowce oddali do stajni, znajdującej się przy północnej bramie. Stajenny wziął od nich lejce i po dukacie od konia. Przeszli się ulicami miasteczka, podziwiając stylowe, dwupoziomowe kamienice bogatszych kupców, z pobielonymi wapnem ścianami. Było późne popołudnie lecz na ulicach wciąż było gwarno. Przekupki głośno negocjowały ceny w sklepach, uliczny błazen zgrabnie żągłował pomidorami a strażnicy leniwie przechadzali się uliczkami miasta. Przystanęli nieopodal rynku, by uradzić co dalej.
- Kończą nam się zapasy, chleba zostało pół bochna, suszone mięso skończyło się wczoraj a ostatnią rybę zjedliśmy dzisiaj na śniadanie – powiedział Artur.
- Musimy również kupić amunicję a zanim odbierzemy nagrodę, trzeba by oszczędzać – dodał Daniel zmartwiony. – Może znajdzie się jakaś praca w okolicy?
- Słyszałem, że oferty pracy wiszą na tablicy w pobliskiej karczmie. Można by tam również zapewnic sobie wygodny nocleg – powiedział Juan – O ile nie macie nic przeciwko.
- Dobra, w takim razie jak się dzielimy? Kto dokąd idzie. Juan? – spytał Daniel
- Cóż, ja mogę kupić zapasy, bo i tak udaje się na targ – odparł mężczyzna.
- Artur?
- A mnie tam obojętne. Sprawdzę, czy nie ma jakiegoś zlecenia a ty w tym czasie spytaj o nocleg – rzekł Artur.
- Dobra, w takim razie idziemy. Będziemy czekać na ciebie, Juanie, w karczmie. Widzimy się później – powiedział Daniel.
- No, do później – odparł Juan i odwrócił się zmierzając w stronę targowiska.
Tawerna, jedyna w okolicy, znajdowała się w mniej zadbanej części miasteczka. Skrzypiący szyld, z na wpół pełnym kuflem piwa, trafnie świadczył o jej przeznaczeniu. Weszli do środka. Do ich nozdrzy dotarł ostry zapach alkoholu i potu. Izba była dosyć przestronna, w sam raz żeby zmieściło się w niej pięć długi ław, przy których zasiadano. Naprzeciwko drzwi znajdował się szynkwas, jednakże sądząc po jego ciemnym kolorze i resztkach jedzenia, pozostawiał wiele do życzenia. Tym lepiej dla oszczędzających podróżnych, bo i ceny nie są wygórowane.
- Poszukam roboty – powiedział cicho do Daniela Artur, udając się do wiszącej na ścianie, sporych rozmiarów korkowej tablicy.
Daniel rozejrzał się po pomieszczeniu. Mimo, że jeszcze nie było późno, już siedziało tu sporo osób, niekoniecznie trzeźwych i niekoniecznie przychylnym okiem patrzących na nieznajomych. Podszedł do szynkwasu. Dopiero teraz zwrócił uwagę na grubego karczmarza w zachlapanym fartuchu.
- Czego? – spytał karczmarz grubiańsko, znudzonym głosem
- Witam – powiedział Daniel – ile kosztuje nocleg od osoby?
- Zależy.
- Zależy od czego?
- Jak dla ciebie denara.
- Nie za drogo? Warunki nie są tutaj na wysokim poziomie…
- Denar albo śpisz na dworze. Koniec rozmowy – powiedział Karczmarz z nieprzeniknioną miną.
- Zaraz wrócę.
Karczmarz prychnął pogardliwie i zapalił zwinięte w papierową rurkę, skruszone liście tytoniu.
W tym czasie Artur przeglądał ogłoszenia na tablicy, mówiąc do siebie.
- Usługa kurierska dla lokalnego kupca, to nie… Polowanie na niedźwiedzia. Hmm… Ah, marne grosze.
Gdy tak przeglądał, podeszło do niego trzech pijanych dryblasów.
- Tee…*hic* piękniś!… Nie tolerujemy tu…*hic* …obcych…
Ten, nie zwracając większej uwagi, przeglądał dalej.
- Tee! Słuchaj jak do ciebie mówię! – Wzburzony chwycił Artura. Ten spokojnie spojrzał, zmierzył typków wzrokiem po czym powiedział:
- Szanowni panowie, dlaczego mnie napiętnujecie, wszak czy uczyniłem wam jaką krzywdę? Szukacie na siłe niezgody, cóż mogę na to rzec… nic chyba! – Wyrwał się dryblasowi, po czym sprawnym ruchem udeżył pięścią w twarz. Obkręcił się szybko nokautując drugiego, a trzeciego wypchnął przez okno.
- Co jest do… – powiedział zdziwiony Daniel, który dopiero co odwrócił się od szynku.
- Nie ma czasu, chodź! – krzyknął Artur łapiąc Daniela za kołnierz i wyciągając przez drugie okno z Karczmy, jako że w drzwiach stała już oburzona zgraja gotowych do bitki miejscowych mietków. Udali się uliczkami w kierunku bramy, po drodze wpadając, na niczego nie spodziewającego się Juana, który właśnie skończył zakupy.
- Co wy tu… – urwał zaskoczony Juan, wytrzeszczając szeroko oczy.
- Widzisz tą zgraje z pałkami biegnącą ulicą? – wydyszał Daniel
- No widzę – odparł Juan lekko zmieszany.
- Skoro widzisz… – powiedział Artur robiąc przerwę na głębszy wdech -…to po cholerę stoisz, uciekaj!
Przedarli się do bramy i czym prędzej dosiedli koni, których stajenny nie był łaskaw do tej pory rozsiodłać, i czym prędzej odjechali. Szukając miejsca na kolejny postój pod gołym niebem opowiedzieli Juanowi całą historię.
- Juanie, a spotkałeś się z osobą, której szukałeś? – zapytał Daniel.
- Nie ma jej w tym mieście – odparł Juan, po czym zwrócił się do Artura. – Nie mogłeś sobie sfolgować? Teraz przynajmniej leżelibyśmy na wygodnym posłaniu.
- I tak mieli za drogo- powiedział Artur z uśmiechem.
09
mar
10

near the campfire

Podróżowali cały dzień i dopiero wieczorem zatrzymali się, by rozbić obóz, wybrali wzgórze nieopodal uczęszczanej trasy. Wokół głównych traktów wycinano drzewa i wysokie trawy, usuwano duże głazy, wszystko po to by zwiększyć bezpieczeństwo podróżnych. Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, ptaki powoli powracały do gniazd, rolnicy kończyli pracę na roli, by udać się do swoich domostw. Dzień był ciepły, ziemia nagrzana dzień cały od słońca przeciwstawiała się chłodowi wieczoru, lecz  noce były coraz dłuższe, wiec podróżni zebrali zapas chrustu. Usiedli wokół ognia szykując posiłek. Juan raz po raz spoglądał na ich ubiór i ekwipunek. Do polowania na potwory używa się srebra, im lepsza jest jakośc i próba tym skuteczniejszy oręż. Ich broń nie była wyjątkowa, lecz widać było, że jako doświadczeni wojacy nie bagatelizowali sprawy broni i nie szczędzili na nią funduszy. Oręż był wypolerowany i w każdej chwili gotowy do użycia, a pistolety w pełni załadowane. Artur nosił na sobie czarną pelerynę z kapturem oraz wygodny, prosty mundur polowy również w tym kolorze. Jego ubiór uzupełniał pas z przypasanym do niego pistoletem, nożem oraz zapasową amunicją. Całokształt wieńczyły wysokie buty, oraz tarcza herbowa, z czerwoną różą, na ramieniu. Daniel ubrany był nieco inaczej. Nosił płaszcz, z twardej, brązowej skóry, z ciepłą podpinką na zimniejsze dni, nosił materiałową, krótką bluzę jeździecką i spodnie od tego zestawu, wszystko w kolorze oliwkowym, a także biały, jedwabny szalik na szyi. Jego biodra okalał mocny pas, z cielęcej skóry, ze złotą, grawerowaną sprzączką. U pasa wisiała szabla, którą zwykli nosić kawalerzyści, oraz inkrustowany srebrem rewolwer. Sam Juan ubrany był w skórzaną jeździecką kurtkę, wzmocnioną metalowymi elementami, oraz skórzane czarne spodnie do jazdy. Na nogach wysokie jeździeckie buty. Na plecach nosił długi, lekko zakrzywiony miecz, niespotykany w tych ziemiach z jednostronnym ostrzem w literę v. Dobry do zadawania pchnięć jak i cięć, podobno sztuka wytwarzania tej broni została dawno zapomniana. Ostry był jak brzytwa i przecinał praktycznie wszystko. Na klindze wyryty był napis w niezrozumiałym języku, lekko skrzący się w słońcu.

Słońce do połowy skryło się już za horyzontem, gdy skończyli porządkować ekwipunek. Mięsiwo, które smażyli na kolację było już dostatecznie dobre i zdatne do zjedzenia. Podzielili się chlebem i solą, jak nakazywała tradycja, strzepując jej resztki na cztery strony świata. Nie oswoili się ze sobą jeszcze na tyle by swobodnie rozmawiać, zamieniali ze sobą pojedyncze zdania. Po posiłku bard zasiadł na swoim posłaniu. Na jego licach można było dostrzec odbicia wesoło tańczącego ognia z paleniska. z ekwipunku wyjął harmonijkę, nabrał powietrza i zaczął grac smętną piosenkę. Po pewnym czasie przerwał i zaczął śpiewać bardzo starą pieśń.

Za dawnych czasów to się stało, gdy ludzi jeszcze tu nie było,

Żył sobie smok czerwono łuski, życie mu smutków nie szczędziło.

Czemuż smoku smętny siedzisz, nie hulasz po lasach z driadami,

Wciąż czekasz na coś patrząc w dal, dnie stają się dla Cię wiekami.

Spójrz na braci swoich drogich, czyż radości im zazdrościsz?

Idz! nie marnuj życia swego, nie doczekasz swej miłości.

Smok rzecze na to z iskrą w oku: „Ja mam już dosyc tej zabawy.

Na cóż mi będą dni beztroskie, gdy siedzę z sercem mym kulawym.

Tęsknotą ono przepełnione i smutkiem, przeogromnym żalem

Bo tą co kocham dniem i nocą, miłością mnie nie darzy wcale…”

Juan zagrał jeszcze kilka nut na harmonijce, po czym otwożył oczy. Rozejrzał się wokoło i spostrzegł, że jego towarzysze podróży potraktowali pieśń jako dobrą kołysankę, bo smacznie już spali.

Cóż… – Rzekł sam do siebie- … chyba nie znają się na sztuce… – lekko się uśmiechnął i sam pogrążył się w krainie sennych marzeń…

08
mar
10

Meeting

Na dworze było już mroźno, wiec mężczyzna opatulił się szczelniej płaszczem. Nie miał pojęcia ile czasu już jechał, godzina, może dwie, wnioskując po wysokości księżyca jeszcze nie minęła północ, gdy dotarł do podnóża góry Šeryya. W karczmie usłyszał, że grasuje tutaj potwór, pożerający rolnikom bydło a i niekiedy nieszczęsnych podróżnych, którzy nieszczęśni przejeżdżali nieopodal podczas jego łowów. Po lasach co prawda grasują większe drapieżniki, jak niedźwiedzie, lecz na te polują sami wieśniacy, dla ich mięsa i tłuszczu wykorzystywanego w kuchni i medycynie. Miał pewne podejrzenia co do sprawcy, trop był nietypowy i wiódł do jednej z jaskiń. Byc może przypałętała się tutaj Księżycowa Zmora, które zwykle siedlą się daleko w wysokich i trudno dostępnych partiach Vet. Z Jego rozmyślań wyrwało go rżenie koni, przywiązanych zaraz przed jaskinią. – Co za cholera tu się szwęda. – powiedział pod nosem i zsiadł z wierzchowca. Z torby u pasa wyjął niewielki flakonik wypełniony tajemniczą cieczą, po czym wypił jego zawartość. Po jego minie wywnioskować było można, że płyn był okropny w smaku, lecz jego źrenice wydłużyły się, jak u kota dzięki czemu lepiej mogły wychwycić nawet najmniejsze odbicie światła. Dobył miecz powoli zbliżając się do wejścia jaskini. Przed wejściem przystanął nasłuchując. Ze środka słychac było odgłosy walki oraz ryk rozjuszonej bestii. Czym prędzej wbiegł do środka. Dwóch mężczyzn zaciekle walczyło ze Zmorą. Jeden z nich ugodził Zmorę ostrzem w pierś, jednak nie zabił i ta w wściekłości powaliła go na ziemię. Już miała zadac mężczyźnie cios, lecz ten przewrócił się na bok i przeczołgując pod nią znalazł się za plecami. Drugi z nich w tym czasie zarzucił na nią siatkę ze srebrnej włóczki i wypalił z dubeltówki. Zmora zachwiała się, lecz wraz ze sobą postanowiła zabrac pierwszego mężczyznę ostatniek sił rzucając się na niego z zębami. Postac, która od pewnego czasu przyglądała się lekko zdumiała starciu wyciągnęła rękę, na której widniał smoczy tatuaż i wypowiedziała słowa:” Siekti gero sielos vergais pavėsyje vardas!”. Zmora w ostatniej konwulsji osunęła się na ziemię, nie czyniąc szkody. Wszyscy oddychali głęboko, patrząc po sobie.

-Kimże jesteś, tajemniczy wybawco? – Zapytał niższy z mężczyzn nieznajomego.

-Zależy o co mnie pytasz, jeśli o profesję to można rzecz wędrownym bardem. – Odparł tamten-

-Nie często spotyka się tak uzbrojonego barda, który w dodatku zna pradawne słowa. -Rzekł drugi patrząc podejrzliwie.

-Przestańcież towarzyszu, uratował twe życie… – Powierział pierwszy do tamtego po czym kontynuował- Wybacz jego maniery nieznajomy, jest przewrażliwiony na punkcie ostrożności. Nazywam się Daniel Saryoni, a to…-wskazał na swojego towarzysza.- Artur von Schwarz, mój przyjaciel. – tamten skłonił  niechętnie głowę- Jak brzmi Twe imię?

- Zwę się Samir, a dokładniej Juan Samirovic el Guevara de Vetonia, dla przyjaciół Juan. Co robiliście w tak niebezpiecznym miejscu, mogliście zginąc! – Rzekł z nieukrywanym wyrzutem.

- Polowaliśmy na tą zmorę już od tygodnia, pewien kupiec wyznaczył przyzwoitą sumę dla tego, który przyniesie głowę stwora. – Powiedział Artur po czym dodał – Jeżeli wybaczysz, to udam się go jej pozbawić - Odwrócił się na pięcie i wrócił do jaskini.

- Łowcy głów, mogłem się domyślec – Powiedział Juan lekko zniesmaczony.

-Daniel odparł na to z uśmiechem - Łowimy jedynie stworzenia zagrażające ludziom, na samych ludzi zleceń nie przyjmujemy, jak jacyś nędzni najemnicy.

-Ciekawe… – Powiedział Juan w zamyśleniu- Sądząc po waszym wieku, toście dopiero co stali się mężami, lecz po walce, że nie ma w niej młodzieńczego szaleństwa. Dawno nie spotkałem takich osób – Po czym dodał w myślach:” żeby w takim wieku, niejedno już przejśc musieli”- Dokąd teraz się udacie?

Z Jaskini wyszedł Artur niosąc w prawej ręce ociekający czarną krwią worek.

- Na południe, odebrac nagrodę w Stowarzyszeniu Kupieckim w Lene.

-Również zmierzam w te strony, odwiedzic starego przyjaciela. Droga daleka i niebezpieczeństwa liczne, nie będzie wam przeszkadzac kolejny towarzysz?

-No to na koń, panowie, bo nam się głowa zepsuje jak będziemy gadac zamiast jechac. – Odparł wesoło Daniel dosiadając wierzchowca.

08
mar
10

Old story

Był  mroźny styczniowy wieczór, gdy drzwi wioskowej karczmy leżącej u podnóża Vet otworzyły się a do środka wraz z mroźnym powietrzem wszedł starzec w łachmanach. Usiadł nieopodal paleniska rozcierając ręce. Rozejrzał się po pomieszczeniu,  wiekowe lecz solidne ławy stały pod każdą ścianą a środek izby był wolny, jak gdyby przeznaczony pod hulanki i grajków różnej maści. Na ścianach widniał obraz przedstawiający smoka. W karczmie nie było wielu ludzi, o tej porze tylko samobójca rusza na szlak. Po borach można spotkać nie dość że prastare mary dobre bądź złe ale i lawiny i zwierz dziki zagrożenie podróżnym stwarzają. Nagle z górnego piętra po schodach zbiegły bawiące się dzieci, nagle przystanęły widząc podróżnego, lecz chwilę później uśmiechnięte podbiegły do niego ciągnąc poły szaty i wołając: „Dziadku! Dziadku opowiedz nam baśń! Prosimy dziadku opowiedz!” Starzec spojrzał na gospodynie, ta kiwnęła z uśmiechem głową.

-Dobrze dzieciaki…- rzekł- opowiem wam baśń, o czasach kiedy to jeszcze ludzie się nie narodzili, a wśród prastarych duchów mieszkały potężne i wspaniałe stworzenia… smoki. To one władały tą krainą a w swych jaskiniach miały bogactwa niepojęte. Mądrość ich przekraczała mądrość tysiąca mędrców a powiadają że znały one również potężne i zapomniane sztuki magiczne. Pewnego dnia wybuchła straszliwa wojna między duchami złymi i dobrymi, niebo stało się czarne i nie możliwe było odróżnić nocy od dnia. Raz po raz przestworza przeszywała jakaś błyskawica z bratem swoim grzmotem a powiadają że to duchy postać taką przybrały i bój zaciekły toczyły. Tedy część smoków, znęcona bogactwem złych duchów na ich stronę przeszła, lecz większość dobre duchy poparła i bój jeszcze większy rozgorzał. Mijały lata a smoki w przestworzach różnorakimi awiacjami, kłami pazurami i ogniem ze sobą walczyły. Wiele smoków tedy pomarło zacnych i pięknych i pozostało po nich jedynie mgliste wspomnienie. Po tej straszliwej bitwie truchła walały się po ziemi całej, potem z nich powstały góry i jeziora a złe duchy pokonane schroniły się pod ziemią, niekiedy słychać i widać jak z gór starają się wydostać buchając dymem i ogniem. Zanim jednak wypędzone do podziemnych krain zostały przeklęły smoki za swoją porażkę i tak oto straciły one swoje piękne ciała i przybrały postać podobną do ludzkiej. Dobre duchy jednak pozwoliły zachować część swojej mocy, więc poprzez przeróżne rytuały i substancję mogą vetońskie pół smoki wrócić na czas jakiś do pierwotnej postaci.

Starzec skończył mówić, karczmarka podała mu ciepłą strawę i spożył. Dzieci domagały się kolejnej bajki lecz odrzekł: „Dziatki drogie, starczy na dziś spać idźcie”. Gdy tamte zawiedzione pożegnały się i udały się na górę mężczyzna wstał, podziękował za posiłek i udał się do wyjścia. Gdy wychodził wiatr zawiał odsłaniając jego rękę do tej pory zasłoniętą szatą a na niej widniał tajemniczy tatuaż w kształcie smoka…

05
mar
10

The Beginning

Starożytne ludy, zamieszkujące te ziemie miały swoje legendy i zwyczaje. Cywilizacja ta dawno już zniknęła z powierzchni ziemi, lecz jej tradycje i obyczaje, jak też wierzenia i przesądy są wciąż żywe w zamieszkującej te ziemie napływowej, na przestrzeni dziejów, ludności.  Miejscowi mawiają, że gdy na niebie wschodzi czerwony księżyc gdzieś na świecie przelewana jest niewinna krew. Święcie w to wierze, od tej pamiętnej sierpniowej nocy, gdy daleko na południowym niebie wychylał się z za horyzontu splamiony ludzkim grzechem ten, który od wieków obserwuje świat z nocnego nieba, od dnia w którym umieściły go tam pradawne Duchy. Nie był on skażony przeszłym grzechem, lecz ubolewał nad krwią, która w tę noc miała polac się, w całej swej upiornej okazałości, po posadzkach zamku, lokowanego na północ od miasta, które dziś zwie się Salis. Dzień był upalny, c0 w porze letniej nie było niczym nadzwyczajnym, szczególnie w tej części kontynentu, lecz po zmroku, jako że był to już sierpień i noce były już chłodne, ponad ziemie wzbiła się gęsta mgła, utrudniając życie podróżnych, którzy nie zdążyli przebyc drogi i schronic się w tawernie, a także zamkowym i miejskim strażnikom. Noc ta, na długo zapadła w pamięci mieszkańców, nie ze względu na mgłę lecz na tragiczne wydarzenia, które miały nastąpic. Po północy, margrabia wraz z grupą bezwzględnych wojowników najechał na posiadłośc królewskiej rodziny Saryonich, zabijając kobiety, dzieci, służbę, członków rodziny, był to bezwzględny mord, jakiego dopuścic mogą się tylko i wyłącznie ludzie. Dzięki poświęceniu oddanej do śmierci królewskiej rodzinie służbie, jakimś cudem udało się uniknąc śmierci dwóm młodzikom, którzy wykorzystując tajemne przejście uciekli z płonącego, utopionego w niewinnej krwi, pałacu. Galopowali oboje na starym, wysłużonym wierzchowcu, któremu zawierzyli swe młode życia w tej godzinie, a ten ich nie zawiódł i szybko oddalał się od zamku w kierunku wschodzącego świtu, do nowego jutra…




Proszę czytac od najstarszych wpisów (początek)

K a l e n d a r z

Styczeń 2012
P W Ś C P S N
« wrz    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

R o z d z i a ł y


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.